Uwaga! Pisząc ten post łamie świętą zasadę “what happens in Vegas stays in Vegas”. Ale inaczej zrobić nie mogę, bo większym świństwem byłoby, gdybym historie zachowała dla siebie i nie opowiedziała Wam, jak to robią w Ameryce.

Dla wielu wesele w Vegas kojarzy sie przede wszystkim z white chapel i Elvisem, mistrzem ceremonii który udziela ślubu w iście królewskim stylu, śpiewając czule parze młodej „love me tender”. Vegas to tez śluby ekspresowe, w stylu „drive thru”, gdzie para młoda nawet nie musi opuszczać samochodu a wszystko odbywa sie przy okienku zwanym „wedding window”. Jasne, takie historie to w Vegas chleb powszedni ale na szczęście nie są regułą i nie każdy ślub musi tak wyglądać.

Ten, na który zostałam zaproszona i w którym miałam przyjemność uczestniczyć, był można by rzec „normalny”. Mistrzem ceremonii nie był król rock’n’rolla lecz kolega pana młodego, który dzięki wyrobieniu odpowiednich dokumentów mógł udzielić parze młodej ślubu, oczywiście ważnego w świetle prawa (dlatego właśnie cudzysłów w słowie normalny, nie jest użyty przypadkowo). Dzięki temu, słowa wypowiedziane podczas ceremonii nie były miłą, acz standardową regułką a bardzo osobistym przekazem dla pary młodej.

Parze młodej towarzyszyło dziesięć druhen oraz dziesięciu drużbów. Chyba nikogo nie zaskoczy fakt, ze towarzystwo to ubrane było w te same sukienki i garnitury. Dobrani parami, „otwierali” i „zamykali” ceremonię, idąc w orszaku ślubnym. Muszę przyznać, że osobiście podobał mi sie efekt „eskorty” czy wręcz „obstawy” stworzonej z bliskich i przyjaciół.

Cała ceremonia trwała ok 15 – 20 min. Krótko ale treściwie. Było wszystko co powinno być – orszak, ciepła i osobista przemowa mistrza ceremonii, „I do” pary młodej, obrączki oraz łzy szczęścia i radości zgromadzonych gości. Koniec, i kropka.

Po ceremonii zostaliśmy zaproszeni do baru, znajdującego się w sali obok, gdzie goście mogli złożyć życzenia młodej parze, porozmawiać ze sobą oraz co tu dużo mówić – napić się oraz wznieść toast. Tu uwaga, ciekawostka – alkohol oraz napoje bezalkoholowe na amerykańskich weselach nie są ogólnodostępne, aby się napić należy udać się do baru. To jeszcze pół biedy, a co powiecie na open bar, który jest „open” czyli bezpłatny tylko przez określony czas (zazwyczaj jest to 1- 2 godzin) a później za napoje i alkohol trzeba płacić? Taaaaa… Na całe szczęście godzinny open bar nie jest regułą a ja trafiłam na porządną parę młodą i (o szczęśliwy dniu) – czterogodzinny open bar. Wystarczyło.

Po godzinie spędzonej w barze, życzeniach, toastach etc. para młoda zaprosiła gości do głównej sali w której miało odbyć się wesele. Po odszukaniu i zajęciu miejsc przemówił konferansjer, który przywitał wszystkich i zaanonsował druhny i drużbów, którzy tanecznym krokiem pojawili się na parkiecie. Ostatnia weszła młoda para, która od razu zaczęła bardzo energiczny i bardzo w stylu Vegas pierwszy taniec. Później – (o matko!) przemowy, które są obowiązkiem pary młodej oraz świadków. Łez i śmiechu co nie miara. Chcę częściej słuchać takich przemów. Ludzie – odwagi!

Podczas przyjęcia zaserwowano kolacje, składającej sie z przystawki i głównego dania. Na deser – tort. Ogromny, kilku piętrowy, w dwóch smakach, pyszny.

O północy – rzut bukietem. Walka na parkiecie przypominała tą na ringu MMA. Szaleństwo! Uciekłam… Przyjęcie trwało do pierwszej w nocy. Tu uwaga, ciekawostka nr 2. Amerykańskie wesela zazwyczaj nie trwają dłużej niż do północy. Dlatego tu ponownie ukłony dla „mojej” pary młodej. Nie zapominajmy jednak, że jesteśmy w Vegas, więc zabawa nie koniecznie musi kończyć sie wraz z przyjęciem… ale „what happens in Vegas stays in Vegas”, po raz drugi reguły złamać nie mogę, sorry 🙂

Choć wesele w wydaniu Vegas, w „naszych” realiach bardziej przypominało by przyjęcie weselne, to muszę przyznać, że nie zabrakło na nim niczego. Nie było obficie i nie było do rana, racja, ale priorytetem nie byli goście a para młoda przede wszystkim. Dlatego też nie było „spiny” i obawy, że komuś się nie spodoba, nie zasmakuje, że będzie za mało, że będzie za krótko…

Nie zrozumcie mnie źle, bo choć zabawa była przednia, nie zamieniłabym polskich tradycji i standardów na te zza oceanu (zwłaszcza tych dotyczących płatnego alkoholu…). Proponowałbym jednak i mocno zachęcała do łamania utartych schematów działania przy organizacji wesel, które nie muszą być ani obfite ani do rana żeby były udane. Ważne aby para młoda czuła luz i bawiła się na swoim weselu tak beztrosko, jak to robią w Ameryce.

 

1